niedziela, 8 stycznia 2017

1 rozdział

Basowy głos matematyka – starszego, prawie całkowicie łysego mężczyzny słyszałam jakby przez mgłę. Patrzyłam na niego nieobecnym wzrokiem, a odgłosy rozkrzyczanej klasy dochodziły do mnie w zwolnionym tempie. Czułam się, jakbym była w transie. Wszystkie dźwięki były wolne, przygłuszone, a rozmazany obraz otaczała biała poświata, w której migotało światełko.
– Widzę, że nie jesteś zainteresowana lekcją, Amando.
Głos matematyka i mocne uderzenie linijką w biurko sprawiło, że podniosłam się z krzesła, przestraszona tym nagłym dźwiękiem. Usłyszałam stłumione chichoty klasy. Ręką przejechałam po spoconym karku. Światełko, które odwracało ku sobie wszystkie moje myśli, widziałam codziennie. Zawiązywało mi oczy niewidzialną chustką, a do uszu wkładało równie niewidzialne zatyczki, abym widziała i słyszała tylko je. Traciłam zdolność poruszania się, a nawet oddychania. Światełko nikło wraz z niespodziewanym dźwiękiem, który odwiązywał wszelkie chustki, wyjmował zatyczki i sprawiał, że wszystko wracało do normy.
– Przepraszam, proszę pana. Zamyśliłam się – odpowiedziałam na jednym tchu, usiadłam i udawałam, że kończę rozwiązywanie zadania.
– Ostatnio dość często ci się to zdarza – wysyczał przez zaciśnięte zęby i ponownie uderzył linijką w biurko, tym razem tak mocno, że podskoczyłam na krześle.
– Przepraszam, proszę pana – mruknęłam i zasłoniłam się książką. Przez chwilę jeszcze czułam na sobie wzrok nauczyciela, który uważnie mi się przyglądał. Starałam się na niego spojrzeć, a tym bardziej nie złapać kontaktu wzrokowego. Pan Reiter znany był z tego, że swoimi małymi, świdrującymi oczkami potrafił zajrzeć w najciemniejsze części duszy człowieka.
Po kilku sekundach poczułam, że nauczyciel skierował swoją uwagę na coś innego. Wyjrzałam zza książki, a kiedy upewniłam się, że jest zajęty pisaniem notatki na tablicy, położyłam podręcznik z powrotem na ławce. Usiadłam wygodniej na krześle i wlepiłam wzrok w książkę zatytułowaną ,,Matematyka bez tajemnic dla klas trzecich".
Grube palce pana Reitera w ekspresowym tempie gryzmoliły niedbałe, koślawe cyferki na tablicy. Zapukał w nią, żebyśmy przyjrzeli się działaniu, które zapisał. Osiemnaście par oczu zwróciły się na tablicę i pomału studiowały jej treść.
Pan Reiter usiadł na fotelu, bacznie obserwując swoich uczniów, którzy z grymasem na twarzy notowali całe działanie. Zaczął beznamiętnie wertować ,,Matematykę bez tajemnic dla klas trzecich", zatrzymując się na przypadkowych stronach i czytając ich treść.
Dźwięk dzwonka poderwał na nogi większość uczniów, którzy chwycili za podręczniki i wepchnęli je do plecaka, który z kolei został zarzucony na ramię.
– Zróbcie w domu stronę sto siedemdziesiątą ósmą – powiedział pan Reiter, nie odrywając wzroku od oglądanej książki.
Zapisałam numer strony na marginesie zeszytu, po czym spakowałam go do torby. Leniwie wzięłam ją do ręki i wyszłam z klasy, odprowadzona spojrzeniem matematyka do momentu, kiedy zniknęłam za zakrętem.
Gimnazjum numer IV imienia Williama Shakespeare'a nie było dużą szkołą. Miało jedynie dwa piętra, na których mieściło się niewiele sal. Nie wybudowano tutaj dużej hali, stołówki i nie wyróżniało się nad innymi zupełnie niczym. Szacunek zyskało sobie jednak nie poprzez halę czy świetnych uczniów, ale przez sędziwy wiek. Ściany gimnazjum pomalowane były na wściekłą zieleń, w oknach wisiały staromodne firanki, a sale umeblowane były w staroświecki sposób i bez nowoczesnych, drogich sprzętów. Wszystko po to, żeby uczniowie nie zapominali, że gimnazjum numer VI jest jedną z najstarszych i nadal czynnych szkół.
Nagle poczułam na sobie czyjeś spojrzenie. Rozejrzałam się, wypatrując ucznia, który mógłby mi się przyglądać. Żaden z przechodzących obok mnie zdawał się nie być zainteresowany moją osobą. Moje spojrzenie spotkało się przez chwilę z rudą dziewczyną, którą kojarzyłam z jakiejś akademii. Odwróciła wzrok, minęła mnie i wolnym krokiem zeszła po schodach. Jednak uczucie obserwowania nie minęło. Ktoś ewidentnie nadal musiał mi się przyglądać.
Po chwili zauważyłam grubą szyję z osadzoną na niej łysą głową, która przyglądała mi się małymi, ciemnymi oczyma, wychylona zza zakrętu.
– Proszę pana? – zapytałam, próbując zdobyć się na miły ton głosu.
– Amanda? – Zdziwił się, obojętnym wzrokiem oglądając obrazy wywieszone na korytarzu.
– Myślałam, że pan coś ode mnie chce. Patrzył na pan na mnie... Eh, nieważne – mruknęłam i uśmiechnęłam się przepraszająco, widząc zdumione spojrzenie nauczyciela. Przecież jestem tego pewna, że mnie obserwował!
Chwyciłam mocniej torbę i zbiegłam po schodach. Odepchnęłam od siebie jakiegoś chłopaka, który przypadkowo na mnie wpadł. Sama byłam zdziwiona moim zdenerwowaniem, ale wszystko, co działo się wokół mnie nie zdarzyło mi się jeszcze nigdy i nie potrafiłam tego wytłumaczyć.
Otworzyłam drewniane drzwi i wpadłam do szatni. Założyłam kurtkę, buty i chustkę pod szyję, po czym wyszłam z budynku.
W strugach jesiennego deszczu skierowałam się w stronę przystanku autobusowego. Skryłam głowę pod kapturem czerwonej kurtki i przymrużyłam oczy. Omijałam głębokie kałuże i przemykałam slalomem między ludźmi, którzy tak samo jak ja, zmierzali na przystanek.
Czarny, duży samochód z impetem wjechał w brudną, śmierdzącą wodę, ochlapując mnie i przy okazji innych przechodniów. Kierowca został pożegnany cichymi pomrukami, a jedna staruszka zaczęła wymachiwać w jego stronę parasolką.
Ze wstrętem otarłam błoto z mokrych dżinsów oraz kurtki i otrzepałam dłoń z wody. Miałam ochotę sprawić, żeby chamski kierowca dostał za swoje. Mógłby wpaść w drzewo, w inny samochód... Skarciłam się w myślach za złorzeczenie innym, kiedy moje ciało zastygło w przerażeniu.
Czarny, duży samochód stał w płomieniach. Przychodziło coraz więcej gapiów, którzy nagrywali ogień telefonami. Po chwili dało się słyszeć coraz głośniejszy dźwięk syreny nadjeżdżającej straży pożarnej. Kierowcy udało się wydostać z samochodu i stał teraz zrozpaczony przed palącym się pojazdem z oczami wzniesionymi ku górze.
Przechodnie przepychali się, żeby zobaczyć jak najwięcej. Jeden z mężczyzn uderzył mnie łokciem w brzuch. Złapałam go za rękę, żeby nie upaść, kiedy usłyszałam krzyk. Mężczyzna łapał się za dłoń i chuchał na nią, jakby właśnie została oparzona. Spojrzałam na niego ze zdumieniem, a on wymamrotał coś o gorących dłoniach i szybko się oddalił. Wyprostowałam się zaskoczona. Ludzie patrzyli na mnie krzywo.
Znowu to samo. Światełko w białym tle. Nie, to już nie było zwyczajne białe tło, ale przybrało trochę kształtów. Wyglądało niczym kraina z pięknym pałacem, rzekami i dolinami. Takie miejsca widziałam tylko w bajkach. Piękne, białe łabędzie latały nad koronami drzew, poszukując jeziora, w którym mogą wylądować. Po polanach iskrzących się od magii biegały kolorowe jednorożce, a ich grzywy były poruszane przez wiatr. W lasach rosły przepiękne kwiaty, najdziwniejsze grzyby i ogromne, soczyste jagody. Wszystko, co widziałam, było piękne i zarazem czarodziejskie i nieprawdziwe. Po chwili obraz zaczął się zmieniać. Teraz nie była to już piękna kraina, w której świeciło słońce, a mieszkańcy byli uprzejmi i mili. Wyjałowiona ziemia, strażnicy i różne, niebezpieczne stwory w niczym nie przypominały miejsca, które widziałam wcześniej. Krainę opanował strach, bieda i głód. Wszystkie dobre stworzenia zostały wygnane daleko za granice niegdyś pięknego obszaru. Doskonale widziałam, jak wędrują w poszukiwaniu pożywienia i miejsca, w którym mogłyby pozostać.
– Nic ci nie jest? – Usłyszałam, a wszystkie stworzenia – dobre i złe rozpłynęły się w powietrzu. Zniknęło też i światełko, a pojawił się jesienny, deszczowy dzień.
Jakiś mężczyzna podnosił mnie z ziemi. Chwyciłam się za obolałą od upadku głowę i uśmiechnęłam do człowieka z wdzięcznością. Wszystko mnie bolało i trzęsłam się z zimna, mimo że moje ręce były gorące.
– Może zawieźć cię do domu? – Jasnowłosa kobieta otrzepała moją kurtkę.
– Dziękuję, poradzę sobie. Mieszkam niedaleko – skłamałam i szybko zaczęłam oddalać się z tego miejsca.
Co to było? Czy ja zemdlałam, a to był tylko sen? Jednak wyglądał tak realistycznie... Słyszałam szum rzeki, rozmowy niezwykłych stworzeń i śpiew ptaków, które latały ponad koronami drzew. Niezwykła kraina, mimo że wyglądała jak wyciągnięta z którejś z bajek, zdawała się być prawdziwa. Widziałam to wszystko z góry. Realizm tej wizji sprawiał, że trzęsłam się nie tylko z zimna, ale i z przerażenia.
Na przystanku zjawiłam się równo z autobusem. Czerwony pojazd zatrzymał się, czekając na ulokowanie się pasażerów na miejscach. Podbiegłam do drzwiczek, przepuszczając przed sobą kilka starszych pań, które zaczęłyby chrząkać pod nosem, gdyby musiały poczekać trochę dłużej na siąpiącym deszczu.
Moją uwagę zwróciło kilka postaci, które znacznie wyróżniały się spośród pozostałych. Miały zwiewne, zielone szaty, a złote, opuszczone na ramiona włosy wystawały spod założonego na głowę kaptura. Z gracją przemykały między innymi ludźmi, którzy zdawali się wcale nie zauważać dziwnych spacerowiczów. Piękne rysy twarzy i łuki w dłoniach sprawiały, że postacie wyglądały zarówno pięknie, jak i trochę przerażająco. Patrzyły na mnie i podążały w stronę autobusu.
– Wchodzisz, kochana? – zapytała kobieta i podała mi rękę.
– Tak, już wchodzę. – Złapałam jej dłoń i weszłam do autobusu.
Od razu po wejściu uderzył mnie smród i gorące powietrze. Zajęłam miejsce przy oknie i próbowałam odszukać tajemnicze postacie. Biegły w stronę autobusu. Zaśmiałam się lekko. Już nie zdążą, pojazd zaraz odjedzie.
Po chwili autobus ruszył. Ostatnia wpadła jeszcze jakaś kobieta. Pospiesznie kupiła bilet i usiadła obok mnie. Zachowywała się tak, jakby siedziała sama. Mogłam przypatrywać się jej bez wahania. Od razu po zajęciu miejsca wyjęła gazetę i zagłębiła się w lekturze. Miała siwe włosy spięte w ciasny kok i staromodną sukienkę. Za grubych szkieł dało się zobaczyć błękitne oczy. Długie, chude brwi cały czas się ruszały, wyrażając emocje kobiety. Jej twarz pokryta była licznymi zmarszczkami, które odznaczały się jednak mimo perfekcyjnie wykonanego makijażu.
Autobus gwałtownie ruszył. Zdjęłam z ramienia torbę i położyłam obok siebie na granatowym siedzeniu. Moją uwagę przykuł szary, pręgowany kot, który jakby nigdy nic przechadzał się po pojeździe, nie zwracając na siebie uwagi pasażerów. Patrzyłam na niego zdumiona. Zwierzę wskoczyło na kolana siedzącej obok mnie kobiety i popatrzyło na mnie, przekrzywiając łebek.
– To pani kot? – zapytałam, kiedy pupil zaczął zaglądać staruszce do gazety.
Kobieta spojrzała na mnie, jakbym była chora umysłowo. Zmarszczyłam brwi i wskazałam palcem na kota, który lizał sobie łapki siedząc na kolanach staruszki.
– Ładny – powiedziałam niezrażona i pogłaskałam miękką sierść zwierzaka. – Zawsze chciałam mieć kota.
– O czym ty, dziecko, wygadujesz?! – wykrzyknęła i dotknęła zimną ręką mojego czoła. Odsunęłam się. – Tutaj nie ma żadnego kota!
– Proszę pani – zaczęłam rozpaczliwym tonem – na pani kolanach siedzi właśnie szary, pręgowany kot.
Rozejrzałam się z nadzieją, że któryś z ludzi weźmie kota i przeprosi za to, że chodzi sobie po autobusie, ale nikt tego nie zrobił. Każdy patrzył na mnie z litością, a niektórzy nawet ze złośliwym uśmiechem.
Zwierzę wlepiło wzrok w okno i obserwowało ze stoickim spokojem drzewa i domy, które migały za szybą autobusu, nie schodząc z kolan staruszki. Przetarłam oczy z niemałą wściekłością. Przez chwilę myślałam, że mam zwidy. Jednak po ponownym otworzeniu oczu, kot siedział jak przed kilkoma minutami i zdawał się uśmiechać do mnie z pogardą, jakby płatał mi właśnie jakiegoś niezwykle okropnego figla. W sumie, płatał mi figla, tylko był to żart gorszy od najgorszego, jaki tylko możecie sobie wyobrazić. Dlaczego nikt tego kota nie widzi? A może wszyscy postanowili pośmiać się z przypadkowej pasażerki i udawać, że zwierzę nie istnieje, a ją samą wprowadzić w uczucie, że jest niespełna rozumu? Jednak miny pozostałych nie wskazywały na to, że zwyczajnie się wygłupiają kosztem innych. Kilku ludzi siedzących najbliżej mnie zerwało się z miejsca, a usiedli dopiero po kolejnym upomnieniu kierowcy. Jeden z mężczyzn z tyłu wychylał się coraz mocniej, próbując dojrzeć owego kota, który ponoć bezkarnie przechadza się po autobusie. Ktoś burknął pod nosem, że mam go za idiotę, bo on żadnego zwierzęcia tutaj nie widzi.
Stawałam się coraz bardziej przerażona i zirytowana, a kot siedział jak wcześniej. Ulokował się wygodniej w spódnicy kobiety i mruknął z zadowoleniem, kładąc łebek na łapach. Miałam ochotę zapytać, co się tutaj stało, ale całkowicie odjęło mi mowę. Nagle ogarnęło mnie zmęczenie, a gorące powietrze zdawało się być jeszcze bardziej gorące i usypiające. Przyłożyłam głowę do szyby. Kątem oka zerknęłam na kota, który ziewnął przeciągle i puścił do mnie oko. Wydaje mi się, pomyślałam. Chyba jestem zbyt zmęczona. Pasażerowie patrzyli na mnie z obrzydzeniem. Usłyszałam pogardliwe określenia od narkomanek, co przecież nie było prawdą. Nie odpowiedziałam im. Moja głowa była tak bardzo ciężka, a podskakująca razem z całym autobusem, twarda szyba przeobraziła się teraz w pachnącą, miękką poduszkę. Przyłożyłam do niej głowę i poczułam się tak lekko i spokojnie. Zniknęły wszystkie moje zmartwienia, strach i problemy, a rzeczywistość zmieniła się znowu w światełko i piękną krainę. Znowu to widziałam, tak samo jak poprzednio. Znowu po pięknej krainie pozostało tylko wspomnienie. Czułam, że tak jest, czułam, że nie mogę tak tego zostawić. Czułam, że jestem wmieszana w historię tej krainy i za wszelką cenę muszę przywrócić w niej dobrobyt. Nie wiedziałam jak, ale miałam świadomość, że tak jest. I już.